Bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem, mam się dobrze – sprawy nie z tego świata – relacja z Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego.

Bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem, mam się dobrze – sprawy nie z tego świata.

W życiu, na co dzień, w różnorodnych okolicznościach, zazwyczaj nie szuka się bólu i trudu. Naturalna inklinacja człowieka to unikanie wszystkiego, co mu dokucza, co przyprawia o bolesne doświadczenie. A jednak są sytuacje, które wymykają się takiej logice. Niektórzy z badaczy naukowych, zwłaszcza socjologowie, znają zjawisko, które definiują jako mimetyzm. Byłby to rodzaj i metoda odtwarzania, w dobrowolny sposób, z własnego wyboru i z jakichś nieznanych do końca wewnętrznych pobudek, tego, co w życiu jest bolesne i czego zazwyczaj się unika. Biegacz doskonale zna to uczucie, kiedy w jego głowie budzi się przyzwolenie na ból, a nawet całkiem solidne cierpienie. Wie o tym, zna to, godzi się na to, a bywa, że i tego podświadomie lub całkiem świadomie poszukuje. Spieszę z wyjaśnieniem, Drogi Czytelniku, że nie piszę tu o jakiejś mało wyrafinowanej formie masochizmu. Mimetyzm i masochizm nie biegną ze sobą w parze. Nie biegły owe szanowne zjawiska także dnia 25 stycznia 2020 r. z Cisnej do Cisnej. Nie przemieszczały się po różnorodnych trajektoriach bieszczadzkich ścieżek, dróg, stokówek i dróżek. Zimowy Maraton Bieszczadzki, który zaoferował potencjalnym „mimetykom” trzy alternatywne trasy 44 km, 23 km i 10 km), odsłonił – jak już od kilku lat zresztą – swoją mimetyczną naturę, lecz z całkiem wyłagodzonym stylu. Tym razem piękny biały puch był na tyle oszczędny w zalegiwaniu na trasie biegu, że można było już tylko myśleć o nim z szacunkiem, radością i wdzięcznością z tego powodu że jest, a nie – jak bywało wcześniej, np. w zeszłym roku – z odruchem zaprawionym sporą dawką złości. Do dziś i dźwięczą mi w uszach słowa, które doskonale pamiętam, a które to wypowiedziane zostały przez „nieco” sfrustrowanego biegacza, który przynajmniej skonstatował swój stan ducha: „śniegu wystarczy mi przynajmniej na najbliższe dwadzieścia lat”.

Moja relacja jest z pewnością chwilami nieco chaotyczna, a chwilami całkiem zaangażowana. Nazwałbym to zaangażowaniem aksjonormatywnym, a nawet niekiedy także konfesyjnym. Czemu tak? Z prostego powodu (po cóż to ukrywać?): jestem osobą duchowną, w prostych słowach rzecz ujmując – księdzem, a teraz także autorem tej relacji dotyczącej zdarzenia, w którym uczestniczyłem własnymi nogami, piersiami, sercem, duchem i butami („salomony” – sprawdzają się w warunkach górskich i śnieżnych). Wyznam potencjalnym Czytelnikom, iż bieganie postrzegam – a zwłaszcza takie jakie maiło miejsce podczas Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego – nie bez sporej dawki „religijnej egzaltacji”. Zakładając, że to moje wyznanie (przyznanie się), nie spowoduje automatycznie odrzucenia tekstu, co może być kuszące dla Recenzentów relacji zgłoszonych do tego sympatycznego konkursu, a ogłoszonego przez Organizatorów, kontynuuję mój wywód niezależnie od dalszych losów niniejszego tekstu. Dodam, że także jako wykładowca akademicki (profesor nadzwyczajny – ups!), ponadto naukowiec i socjolog, nie mam łatwości opisywania zdarzeń łatwym językiem (wolałbym stworzyć tekst naukowy w zaproponowanym temacie, lecz spróbuję swoich sił i w tej materii). Proszę uprzejmie, w związku z tym, ewentualnych i potencjalnych Czytelników o cierpliwość i wyrozumiałość. Ostatecznie te sprawy nie są aż na tyle istotne, gdyż istotne jest przede wszystkim to, że piszący te słowa biegł wspaniały zimowy bieg, w pięknej scenerii bieszczadzkiej. I to jest głównym impulsem i odniesieniem do jego opisu. Wracam jednak do wątku z kategorii religijnych…

Odnoszę się teraz do słów świętego Pawła, co do którego Biblia nic nie mówi, czy biegał kiedykolwiek, czy może nie biegał w ogóle. Skąd jednak u niego tak sugestywne i swojsko brzmiące dla biegacza słowa: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem”? (2 Tmt 4, 7). Natychmiast dopisuję: rankiem, „o wschodzie słońca” (cytat z regulaminu biegu autorstwa Organizatora), wybiegłem wraz z setkami innych biegaczy w zawodach, o których napiszę, jak święty Paweł, że były dobre. Ale i dorzucę od siebie i od razu: były bardzo dobre, mało tego, były znakomite! Wszystko tego dnia chciało jakby włączyć się w ten chór doskonalenia rzeczywistości świata, w którym się znaleźliśmy. Wszystko pracowało na korzyść tego, by dzień Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego był w całości wspaniały. Mało tu konkretów, zbyt wiele ogólnej egzaltacji? Być może. Lecz postaram się i zadbam o szczegóły, a przynajmniej o kilka.

„Bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem” – jedno i drugie stało się. Nie dość, że bieg ukończyłem, to wiarę nie tylko ustrzegłem, ale i wzmocniłem. I w tym miejscu „polecę po bandzie”: to pierwsze takie zawody (a w mojej dotychczasowej biografii biegacza uczestniczyłem w ponad stu pięćdziesięciu), kiedy podczas całej trasy wysyłałem do Góry uwielbienie dla Stwórcy, za wszystko, za ten dzień, i za to, co się dzieje podczas biegu, biegu mojego i innych biegaczy. Biegnący obok mnie nie wiedzieli o tym, że lecą sobie biegusiem obok gościa, który się modli, który dziękuje Stwórcy świata, Kreatorowi tych cudownych Bieszczad, Stwórcy i powołujących do życia oraz kreatywnej aktywności Organizatorów biegu, ale przede wszystkim biegnących Biegaczy. Autor tych nieudolnych refleksji, a niedawno biegacz Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego dziękował Stwórcy za to, co tam się działo i wydarzało, gdy dziewczyny i chłopaki biegli. A działo się tak wiele i tak intensywnie, że słowa, które kreślę w tym tekście wyglądają naprawdę blado w stosunku tego, co miało miejsce w realu. Przy wstającym słońcu wynurzały się w różnorodnych kolorach, w coraz bardziej jasnych i krystalicznych formach kolejne odsłony cudu i piękna natury bieszczadzkiej. Co jakiś czas pojawiała się na trasie sympatyczna postać Fotografa, który nie dość, że robił swoją robotę, to się uśmiechał, choć zdawał się do nas wysyłać komunikat typu: „ale macie fajnie, że biegniecie, bo ja muszę tu stać i robić foty, więc mam trochę gorzej niż wy”. Inny niezapomniany moment, kiedy sympatyczny Człowiek z obsługi, z napojami w dłoniach, przekonująco zachęcał, by go nie pomijać, by brać od niego to, co ma nam do podarowania. I kilkakrotne powtarzalne, choć zawsze urocze momenty, kiedy kilku biegaczy z zatroskaniem pytało mnie, czy wszystko w porządku. Wyjaśniam dlaczego. Otóż, stosuję metodę marszobiegu podczas zawodów, a to oznacza, że co jakiś czas przechodzę do marszu. I to były te chwile, kiedy wypływała troska od moich Koleżanek i Kolegów biegaczy, czy wszystko aby u mnie w porządku, skoro idę, a nie biegnę. Co mnie w tym zachwyca? Ano to, że nie dość że biegli, to jeszcze się troszczyli. Mało tego, troszczyli się o mnie. Niesamowici!

Od początku biegu – moje pierwsze tego typu doświadczenie na zawodach – błąkała się w mojej głowie myśl: „szkoda tych upływających kilometrów”. Tak, tak, Drogi Czytelniku, nie było mi szkoda upływającego czasu, lecz ubywających kilometrów. Dziwne, prawda? Dla mnie też dziwne. Póki co, wcześniej tego nie było i jak dotychczas to doświadczenie się nie powtórzyło. Trasa i okoliczności były tak osobliwe, że nie chciałem biegu zakończyć zbyt szybko, choć na mecie półmaratonu (wiemy, że były 23 km), pojawiłem się z czasem niespełna dwóch godzin (dokładnie 01:59:58). Bieg ukończony, wiara ustrzeżona, a nawet wzmocniona. Brawa dla Organizatorów, że pozwolili biec, modlić się i cieszyć się życiem! A mogli przecież nie pozwolić. W regulaminie nic o modlitwie nie było, czyli zabronione też było. Skorzystałem więc z tego, i… się modliłem.

Wracam do refleksji z początku tej relacji. Z mimetyzmem ma się wtedy do czynienia, gdy ktoś decyduje się na dobrowolne odtwarzanie tego, czego na co dzień nie uznaje za dobre i pożądane, a co go boli, sprawia cierpienie, dostarcza trudności i kłopotliwości. Mimetyczne podejście do biegu, zwanym Zimowym Maratonem Bieszczadzkim, ma swoją nową odsłonę w moim osobistym doświadczeniu. Jest to mimetyzm estetyczny i uduchowiony, gdzie doświadczenie piękna, radości, wolności i kontemplacji staje się faktem i decydującym komponentem całości. Bieganie w ogóle, a zwłaszcza doświadczenie zawodów takich jak Zimowy Maraton Bieszczadzki, generuje wiele ważnych dla mnie faktów i przedsięwzięć. Nadmienię choćby o tym, że niedawno napisałem i wydałem dzięki Wydawnictwu Norbertinum książkę, która w swej istocie nasączona jest „duchem biegackim” (http://norbertinum.pl/ksiazka/687/Ewangelia-cudowno%C5%9Bci-i-%C5%BCycie-cudowne). Dodam ponadto, że przygotowuję kolejną książkę, już stricte ukierunkowaną na to niezwykłe i fascynujące zjawisko, jakim jest przemieszczanie się na własnych dolnych kończynach, przy okazji czego dokonują się prawdziwe cuda i osobliwości ducha (w zamierzeniu tytuł wspomnianej książki byłby następujący: „Bieg i Bóg”).

Mimetyzm, ugruntowany, przeżyty, zaktualizowany i doświadczony, z wyjątkową siłą w przestrzeniach ducha na Zimowym Maratonie Bieszczadzkim, ma szansę nie tylko na nowo się wyłonić w subiektywnej odsłonie piszącego te słowa, lecz wciela w siebie coraz większe pokłady prawdopodobieństwa, by być chętnie odtwarzanym w innych, niepowtarzalnych biografiach biegaczy. To mi podpowiada przepełnione radością styczniowe bieszczadzkie doświadczenie, które nakarmiło obfitymi garściami moje nogi, serce, ciało i duszę, a – mam taką cichą nadzieję – że także innych, kto wie, może i czytających te moje nieuczesane refleksje.

Wiarę ustrzegłem i wiarę wzmocniłem. Nic tylko, jak oczekiwać już kolejnego stycznia i kolejnych dobrych, bardzo dobrych takich zawodów, a wszystko po to, żebyśmy my, ludzie, biegacze i wszyscy inni, byli naprawdę szczęśliwi. Bo na to zasługujemy, choćby dlatego, że reprezentujemy wspaniały gatunek o ludzkim sposobie życia, lecz wykraczającym poza niego, transcendującym go, i wchodzącym w rzeczywistość, która – w jakimś sensie – nie jest z tego świata. I konkludując oraz apoteozując to, co się wydarzyło dnia 25 stycznia 2020 roku w niewielkiej, acz cudownej miejscowości Cisna, jak i w jej dość szeroko zarojonych okolicach, stwierdzam z nieukrywaną autentycznością i pewnością, że rzeczy wydarzyły się w tym właśnie świecie, lecz były jakby nie z tego świata.

Paweł Prüfer

Zwycięzca w konkursie na pisemną relację z VI Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego.

SPONSORZY:

lenkomarmamilleniumsqueezysqueezy

PARTNERZY:

garmingarminjacek biegaHiGeenliga biegow gorskichskalnykrainawilkaextremeaz-tape

PATRONI MEDIALNI:

biegigorskieoutdoortvp rzeszowtvp rzeszowtvp rzeszow